Mimo
braku zdecydowania i konsekwencji w wyborze swego światopoglądu, artysta
nigdy nie kreował się na wojującego antyklerykała czy też cynicznego,
wyzbytego wszelkich hamulców moralnych libertyna. W środowisku muzyków
rockowych etyczny relatywizm jest nie tylko manierą czy pozą, ale niemal
sposobem na życie i to przy uświęconym tradycją społecznym przyzwoleniu,
Sting czuje się nieco wyobcowany: „W hedonistycznym świecie rocka
przeszłość oparta na magii i religii jest czymś, co natychmiast ustawia
cię z boku. Nie jestem praktykującym katolikiem, ale równocześnie nie
jestem pewny, czy całkowicie zerwałem z wiarą. Wszystko, co wpojono mi w
dzieciństwie – że jest niebo i piekło, i grzech – tkwi gdzieś w mojej
psychice i nigdy nie zniknie”(11).
Z
czasem, po osobistych bolesnych przeżyciach Sting powróci do praktyk
religijnych, jak zwykle na swój bardzo osobisty sposób. Wcześniej nie
zerwał bynajmniej związków ze środowiskiem katolickim, czego dowodem może
być fakt, że po ukończeniu studium nauczycielskiego podjął pracę w
katolickiej szkole podstawowej, której dyrektorka zakonnica – siostra Ruth
darzyła go szacunkiem, a nawet sympatią i to z wzajemnością. Zbłąkana
owieczka być może trafi wreszcie do stada: „Przyszłość tak bardzo mnie
niepokoiła, że zacząłem się modlić (…) utrzymywałem wiarę w tę słabiutką
osobistą linię, łączącą mnie ze sferą duchową, zawsze wierzyłem, że kiedy
będzie po wszystkim, otrzymam przebaczenie i zostanę z powrotem przyjęty
do owczarni (…) ilekroć budzę się w nocy i zaczynam odmawiać różaniec,
czuję pokrzepienie”(12).
Sting
dotychczasowy racjonalista zaczął odczuwać potrzebę mistycznych przeżyć.
Pewne zdarzenie zimowej nocy w Rio de Janeiro w 1987 roku odcisnęło na
jego psychice niezatarte piętno. Wraz ze swoją drugą żoną Trudi otrzymali
zaproszenie na uroczystość jaka miała się odbyć w kościele położonym w
dżungli okalającej miasto. Choć oficjalnie katolicki, kościół ten w
rzeczywistości był miejscem spotkań pewnej wspólnoty religijnej.
Podstawowym
sakramentem w obrządku tej grupy był prastary lek, znany pod nazwą
ayahuasca. Posiadał on silne właściwości halucynogenne, a zażycie go
powodowało niezwykłe, głębokie wizje: „Wystarczy przymknąć oczy, by
przenieść się do tego nowego świata – prawdziwego, jak żaden inny, gdzie
dźwięk przechodzi w światło, światło mieni się kolorem, a ten mami
geometryczną konstrukcją, która wyzwala wspomnienia, opowieści i uczucia
związane nie tylko z moim życiem, lecz, co zdumiewające, najwyraźniej
pochodzące z życia innych”(13).
Tak
oto Sting spełniony artysta, gwiazda rocka, wszechstronny i wytrawny
instrumentalista, wrażliwy poeta, aktywny działacz na rzecz ekologii oraz
walki z ludzką krzywdą i nędzą, a wreszcie szczęśliwy mąż i ojciec,
odnalazł chyba wreszcie swój system wartości, albowiem coraz więcej wie o
sobie i o ludziach, którym służy swoją sztuką.
Czeka
go jeszcze jedna przygoda tak intelektualna jak i duchowa – buddyzm. Dla
ludzi Zachodu, którzy sprzeciwiają się dogmatycznemu i moralizatorskiemu
tonowi panujących religii, buddyzm stanowi czasami wygodną ścieżkę
ucieczki od ortodoksyjnego zniewolenia i co najistotniejsze, pozwala
niejednemu odnaleźć i zaakceptować na nowo utraconą religijność.

Sting
jest tego niewymownym przykładem. O tym, co jeszcze skłania oświeconych
myślicieli i artystów, zakorzenionych, wydawałoby się, trwale w kulturze
zachodniej będzie mowa w następnym rozdziale.
11. „Sting – niespokojna muzyka”, Kraków 2004
12.
„Sting – niespokojna muzyka”, Kraków 2004 13. „Sting –
niespokojna muzyka”, Kraków 2004
|